O misiach, superbohaterach i troche o grach

NULL

bear-trap1Istnieje gatunek niedźwiedzi brunatnych zamieszkujących zachodnią część Kanady, charakteryzujący się dość odjechanym (jak na nasze ludzkie standardy) zachowaniem. Mianowicie nie raz tamtejsi myśliwi, czy leśnicy widzieli, jak taki misio sam dobrowolnie wchodzi w zastawione przez kłusowników wnyki. Delikwent podchodzi do pułapki i z miną przygłupa tupie nogą w nadziei, że leżące żelastwo efektownie mu się na nodze zakleszczy. Cieszy się potem niewspółmiernie, a na wszystkich dobrych leśniczych, chcących mu pomóc, warczy i odgraża się pięściami (czy tam łapami). Na razie żadna mądra głowa nie wyjaśniła, skąd bierze się takie dziwne zachowanie i radość z włażenia w pułapki. Może niepohamowana chęć zwrócenia na siebie uwagi? A może to niedźwiedzice podczas leśnych igraszek podgryzają swoich partnerów w łapy i ci potem szukają podobnych wrażeń, tyle że samotnie?

Ja natomiast już wiem, a przynajmniej panów misiów potrafię zrozumieć. Sam ostatnio dałem susa (zupełnie świadomie) w typową pułapkę, podpuchę jaką kilka (naście) razy w roku zastawiają na nas kochani producenci gier. Nie wiecie jeszcze o czym piszę? Chodzi oczywiście o (tak dobrze myślicie) gry na licencji! Dziś wszystkie Terminatory, Avatary czy inni Władcowie Pierdzieli mają swoje growe odpowiedniki. No i wszystko byłoby ok, gdyby nie drobny mankament. Mianowicie w zdecydowanej większości, a może nawet wszystkie licencyjne kawałki kodu dostają średnie noty, no bo właśnie średnimi grami zazwyczaj są. Producenci sądzą, że nie muszą się zbytnio starać, ponieważ popularność filmu, komiksu, serialu (rzadziej książki) nadrobi popełnione błędy, czy braki. I wiecie cPunishero? Mają rację!

W mojej growej historii kupowałem gry na licencji i za każdym razem, ale to KAŻDYM byłem mega zadowolony, a od konsoli mogła mnie oderwać tylko przerwa w dostawie prądu. Na PS2 miałem: Władcę Pierścieni (dwie chodzone siekanki i jedno rpg) oraz Punishera. Miałem też grę wykorzystującą chodliwą licencję... innej gry :) Chodzi oczywiście o wariację na temat Fallouta, czyli Brotherhood of Steel (takie arcadowe action rpg). Tytuły te dostawały w różnych magazynach i internecie średnie, bądź słabe noty. Dla mnie jednak nie miało to kompletnie żadnego znaczenia. Uwielbiałem Aragorna, Gandalfa więc możliwość wejścia w ich skórę i szlachtowanie zastępów orków przynosiło mi kupę radochy. Punisher zawsze był jednym z moich ulubionych anty-bohaterów, a gra dała mi możliwość na własną rękę wymierzania sprawiedliwości okrutnym gangsterom. Dlaczego przyjemność sprawiało mi też granie w Fallout: BoS? Proste, miałem zajawkę na post-nuklearną rzeczywistość i ogólnie kręcił mnie falloutowy świat. (Jeżeli w tym momencie wstałeś i z oburzeniem zakrzyknąłeś: „toż to profanacja wielkiego FALLOUTA! Takie gry należy palić!”, to możesz sobie wyobrazić, że śmieję Ci się w twarz.)

hellboyDziś (jak już wspomniałem) znowu wszedłem w „pułapkę” licencyjnej gry. I podobnie jak kanadyjskim misiom jest mi wielce okej. Kupiłem sobie za potworną kwotę trzydziestu złotych (zaczynam rozumieć piratów... takie te gry dziś drogie) nowiutką, pachnącą jeszcze kopię tytułu „Hellboy; the Science of Evil”. Dla niepoinformowanych, przypominam, że Hellboy jest komiksowym bohaterem, panem zniszczenia, który w dupie ma swoją pierwotną funkcję, zaś wolny czas umila sobie polując na demony, duchy, etc. Postać Hellboya, sposób w jaki się zachowuje i co mówi zdecydowanie wyróżnia go spośród większości miałkich i nudnych komiksowych herosów. Sam przeczytałem dopiero dwa albumy („Prawa Ręka Zniszczenia” i „Czerw Zdobywca”), ale już teraz mogę się zadeklarować jako wielki fan :). Sama gra daje mi dokładnie to, czego oczekiwałem; jestem Hellboyem, potrafię porządnie przywalić, mam do dyspozycji jego słynny wielgachny rewolwer (ekhem... tak, tak wiem, o czym myślicie), a przede mną stoi całe mnóstwo szukających guza wilkołaków, chochlików i innego dziadostwa. Z przyjemnością siadam do konsoli i szlachtuję kolejne maszkary, a nuda nawet o sobie nie próbuje dać znać. Tak tak, wiem; gra ma sporo niedociągnięć i brak jej innowacji, ale co z tego skoro bawię się tak dobrze, że w odstawkę poszedł Mass Effect?

Morał z tej historii jest oczywisty: gry na licencjach mogą być ekstra jeśli tylko lubimy dane uniwersum i jego bohaterów. Przydatne jest jeszcze oko przymykające się na drobne błędy:)

Aha no i oczywiście wstęp o niedźwiedziach to kompletna ściema.

Wsparcie

Patronite logo

Jak zapewne wiecie, rozwijamy nasz podcast od lat, inwestując w niego nie tylko bardzo dużo czasu, ale również pieniędzy. Opłacamy montaż kolejnych odcinków, utrzymujemy serwery i domeny, jak również rozglądamy się za nowymi, często płatnymi rozwiązaniami, które mogą przyspieszyć i ułatwić powstawanie nowych materiałów.

Patronite to platforma, na której możecie wesprzeć nas finansowo, abyśmy mogli kontynuować tę pasję bez dodatkowego balastu na plecach. Będziemy Wam niezmiernie wdzięczni za każdą, nawet najmniejszą dotację.

Uspokajamy, że nie planujemy zamykać tworzonych przez nas treści za płatną barierą. W ramach podziękowań chcemy natomiast wymieniać wszystkich naszych Patronów, którzy wyrażą na to zgodę, na stronie podcastu, a od pewnego progu dziękować Wam również w samych nagraniach.

Niezmiennie życzymy Wam miłego słuchania i serdecznie dziękujemy za wsparcie! Do usłyszenia!

Nasi Patroni

  • Michcioperz
  • i 6 anonimowych Patronów

Serdecznie dziękujemy!